No i stalo sie! Wreszcie! Upragnione i wyczekane pozwolenie na prace wreszcie moje!
Kazdy na pewno przechodzil przez taki etap, ze gdy czekal na cos z utesknieniem, to cos nie nadchodzilo. Dopiero gdy juz sie poddajemy i przestajemy wyczekiwac, wreszcie to cos pojawia sie samo. I tak wlasnie w srode (dzien 118) wreszcie pojawila sie na stronie Extranjerii wzmianka o tym, ze moge zglosic sie,po dokonaniu oplaty, po moje pozwolenie na prace. Popedzilam szybko do banku zrobic przelewik i poszlam swietowac z kolezanka przy surowej rybie owinietej ryzem. Udalo mi sie dosyc szybko zarezerwowac wizyte poprzez system zgloszen online (o tym w notce pt. "od turysty do profesjonalisty - part 1") i juz w piatek w poludnie odebralam bez kolejek i problemow swoj swistek papieru. Poinformowalam szybciutko swojego pracodawce o tej wspanialej wiadomosci i od razu powiedzieli mi: "zapraszamy w poniedzialek o 8.30".
8.30? fuj. kto zaczyna prace o takiej chorej godzinie? Coz, trzeba bedzie sie przyzwyczaic. O tym co dzialo sie w weekend, napisze w nastepnym odcinku. Przeskoczmy od razu do poniedzialku. Wstaje o nieludzkiej godzinie (do tej pory budzilam sie wlasnie o tej 8.30...), robie sobie kawe jak zwykle i juz chce isc pod prysznic gdy nagle straszy mnie grobowy ton Juana: czy Ty musisz wstawac tak rano? Czy Ty naprawde musisz robic tyle halasu?
Czy on mowi powaznie?? Przygotowalam sobie absolutnie wszystko poprzedniego wieczora,by wlasnie oszczedzic sobie i jemu porannej krzataniny, a do tego znosze jego poranny balagan od 4 miesiecy i jeszcze zdarzalo mi sie zrobic mu sniadanie. O nie, nie. Chyba sie nie dogadalismy. Ale kto ma sile i czas dyskutowac rano? Jak ktos naprawde ma, to lepiej niech to przemilczy, bo i tak mu nie uwierze. Wypadlam z domu jak z procy i dojechalam do pracy...pierwsza. Pocalowalam klamke, jak to sie ladnie mowi. Usadowilam sie na dole w recepcji w oczekiwaniu na kogokolwiek kto otworzy biuro i wpusci mnie do cieplego srodka. Tak sobie poczekalam prawie pol godziny. Szybki wstep o tym jakie sa zasady, jak sie obsluguje komputer (moze nie wszyscy w Chile wiedza?), gdzie sa materialy, biblioteka, lazienki, itp. Pozniej szybkie spotkanko ze wszystkimi szefami po kolei, bo kazdy chcial dodac cos od siebie i powitac oficjalnie. Gdy juz mialam calkowity balagan w glowie i nie wiedzialam jak trafic z powrotem do swojego biurka, mimo ze jestesmy malym biurem, to porwala mnie jeszcze na koniec pewna pani dyrektor i upewnila sie, ze poinformowano mnie o zasadach poufnosci jakie nas obowiazuja. Spokojnie, nie pracuje w NASA...jeszcze! Zadziwil mnie fakt, ze pani dyrektor dala mi jasno do zrozumienia, ze w firmie sa dwie osoby, ktore maja w zwyczaju pytac bezposrednio o wysokosc zarobkow. Naturalnie o takich rzeczach nie mialam w planach rozmawiac z nikim, ale fakt, ze wskazano mi konkretnie i wyraznie osoby, z ktorymi lepiej w ogole nie wdawac sie w rozmowy o czas pracy czy zarobki mnie troche zdziwil. Rozumiem, ze musieli miec wczesniej problemy z tymi osobkami. Ciekawostka. Tematu nie drazylam. Przytaknelam i poszlam na ostatnie z rundy spotkan. Z moim bezposrednim szefem. Mielismy okazje poznac sie wczesniej podczas roznych eventow poza firma oraz na rozmowie o prace, wiec przynajmniej jedna znajoma twarz. Szybki przydzial zadan i do roboty. Pouczylam sie troche z rana, czas szybko zlecial do pory obiadowej. Szef zaprosil mnie na powitalny obiad i postanowil byc dobrym aniolem strozem i pilnowac by niczego mi nie zabraklo. Zrobil za mnie liste rzeczy, ktorych mi brakowalo - moglabym bez nich zyc, ale ewidentnie on myslal inaczej i juz nastepnego dnia zmieniono mi krzeslo, przyniesiono nowa lampe i stos markerow i innych biurowych bzdetow. We wtorek dowiedzialam sie, ze wyjscie na obiad nie jest opcjonalne. Wyjscie na obiad jest przymusowe!! Przy drzwiach do biura wisi maszynka z czytnikiem linii papilarnych. Codziennie rano gdy zglaszamy sie do roboty musimy palec do czytnika wsadzic i maszyna odpowie nam: dziekuje i wydrukuje swistek z godzina. Nowoczesna wersja przybijania kart w fabryce... Przed i po obiedzie rowniez nalezy przystapic do tego samego procederu. Dzis, w srode, dowiedzialam sie tez, ze nadgodziny nie istnieja. Bylam przyzwyczajona do tego, ze nie istnieja, ale ze wzgledu na to, ze czas pracy to tylko teoretyczny zapis w umowie. Tutaj nadgodziny nie istnieja bo kaza isc do domu i sie zrelaksowac, tudziez isc relaksowac sie w inne miejsce. W kazdym razie nie ma siedzenia w robocie. Zasiedzialam sie dzis przez ilosc spotkan w ciagu dnia i chec nadrobienia zaleglosci przez stracony na nich czas, ale szef ktory akurat przechodzil bo sam wychodzil po ostatnim swoim spotkaniu do domu, mnie pogonil i kazal juz isc bo "jutro tez mozna pracowac". Na obiad tez kazano mi isc sila. Powiedzieli, ze jak nie jestem glodna to mam chociaz isc na spacer i nie pojawiac sie przez godzine w biurze. Musze nauczyc sie nowych zwyczajow bo chwilowo czuje sie jak kosmita, ktory dopiero co wyladowal na nowej planecie Ziemia.
miércoles, 14 de mayo de 2014
lunes, 5 de mayo de 2014
Los Andes i okolice. Czesc 2
Niedziela.
Znow wczesna pobudka, szybki prysznic, spakowanie gratos, sniadanie i do auta. Czekala na nas w recepcji pracownica hotelu, ktore miala pojechac przed nami autem by wskazac nam droge do stajni, skad mielismy ruszyc konno na wyprawe po dolinie Aconcagua. Gdy pytalismy w hotelu o cene tej wyprawy uslyszelismy 25.000 od osoby za dwie godziny. Wydalo nam sie troszke drogo, ale wciaz w porownaniu z cena w San Francisco (15.000 za pol godziny), stwierdzilismy ze to dobra oferta. Dalismy sie nabic w butelke i to jeszcze domknieto nas korkiem. Wstyd pisac o tym, jak nas oszukala kobita... Wydawalo nam sie podejrzane, ze kase zbiera ona z gory a nie wlasciciel koni po skonczonej wycieczce, wiec gdy juz nawiazalismy dobry kontakt z naszym huaso to wypytalismy go, udawajac glupkow (a moze wcale nie musielismy udawac), ile ta przyjemnosc tak naprawde kosztuje. Pan szybko odpowiedzial, ze 10.000 od "lebka". Bardzo sie zdenerwowalismy na te glupia dziewuche z hotelu i zrobilo nam sie bardzo zal naszego huaso, bo wygladal naprawde biednie a panienka nie roznila sie wiele od przecietnego mieszkanca dobrej dzielnicy w Santiago. Ustalilismy miedzy soba pozniej, ze trzeba bedzie dac huaso jakis napiwek (pomimo wyprania nas z pieniedzy wczesniej) bo prowadzil nas piekna droga przez doline i dbal wciaz o nasz komfort. Do tego widac bylo jak wazne sa dla niego jego konie, i ze nie jest jednym z typowych oszustow (patrz San Francisco i ich tandetna oferta konska) i rzeczywiscie chce by ludzie mieli frajde.
Przejazdzka byla fantastyczna. Huaso prowadzil nas drogami ciagnacymi sie wzdluz kilometrowych winnic i co jakis czas konie podjadaly sobie liscie winogron. Dolina Aconcagua to jedno z piekniejszych miejsc w okolicy. A do tego posiada idealny klimat do produkcji wina (srednio 240-300 slonecznych dni w roku). Najbardziej goracy i suchy region winiarski Chile. Klimatycznie jest to region zblizony najbardziej do srodziemnomorskiego, zatem szczegolnie nadaje sie do uprawy win czerwonych. Czego dowodem jest fakt, ze winem obsadzone sa podnoza gor (zwykle bardziej wilgotne w innych czesciach kraju/swiata) oraz to, ze nieprzerwanie uprawiane jest od polowy XIX w. Od tamtej pory tez wino produkuje winnica rodziny Errazuriz - moje do tej pory ulubione Carmenere. Doline nawadnia (poza nowoczesnymi systemami) rzeka o tej samej nazwie - Aconcagua.
Czego nauczylam sie o koniach w Chile po wczorajszej wycieczce (i co potwierdzilam rowniez researchem w internecie)?
Kon lubi luz. Takie ot proste stwierdzenie. Nauczona w Polsce, ze konia prowadzi sie calym cialem z naciskiem na sygnaly dawane lydkami, moglabym sobie powtarzac te sygnaly do woli na koniu chilijskim. Kon chodzi tutaj na sygnaly dawane glosowo i przy uzycia DELIKATNIE (!) paseczka skorzanego doczepionego do koncowki wodzy. Przede wszystkim kon musi miec luz. Puszczamy wiec wodze i dajemy mu pol metra wiecej niz to co daje sie koniowi w Europie. Nie bedzie galopowal dopoki nie poczuje sie wolny. Skrecamy tez inaczej. Lydki niech spoczna. Kon skreca gdy poczuje wodze na szyi. Czyli jesli skrecamy w prawo to (trzymajac wodze w jednej rece) przesuwamy reke w prawo i kon czuje lewa wodze na szyi i zaczyna skrecac. Nie ma tu mowy o zadnych wyginaniu konia, wyginaniu swojego ciala czy przestawianiu ulozenia nog. Czy kon z takim luzem nie wywinie nam numeru? Ha, sprobowalby! On wie, ze nie wolno. Nikt nawet nie wiaze konia do drzewa podczas odpoczynku na lace. Kon nie pojdzie nigdzie. Je sobie trawke i czeka na pana. Wolno mu jesc i pic i nikt nie wie co to znaczy, ze moze sie od tego "zapoprezyc". Kolejna wazna roznica to siodlo. Prosta kulbaka, w ktorej sie siedzi jak w foteliku dzieciecym przy stole - raczej sie nie da spasc a wygodnie jak na kanapie. Znalazlam nawet wygodne miejsce by przewozic butelke wody - miedzy brzuchem a przednim lekiem. Koniec gadania, czas na zdjecia, bo moge godzinami opisywac fantastyczne wrazenia i krajobrazy, ale zdjecia zrobia to lepiej ode mnie. Zapraszam do galerii!
Startujemy! Tu jeszcze myslalam, ze na cos sie zda moja umiejetnosc trzymania wodzy po angielsku (Bez sensu!).
Tu juz wiedzialam, ze to co robie nie ma dla tego konia wiekszego znaczenia, ale zeby do zdjecia nie uciekla mu glowa, postanowilam przytrzymac przez chwile poze :) W dolinie. Za mna osniezone szczyty w tle.
Nasz huaso zgodzil sie na jedno zdjecie. I nie wiem czemu tylko mi pozwolil.
Juan i Gorka zdobywaja szczyt
Gorka macha do nas z gory
Moja mala, poczciwa konina - Cyganka :)
Patrzymy sobie nostalgicznie razem na gory...
Znow wczesna pobudka, szybki prysznic, spakowanie gratos, sniadanie i do auta. Czekala na nas w recepcji pracownica hotelu, ktore miala pojechac przed nami autem by wskazac nam droge do stajni, skad mielismy ruszyc konno na wyprawe po dolinie Aconcagua. Gdy pytalismy w hotelu o cene tej wyprawy uslyszelismy 25.000 od osoby za dwie godziny. Wydalo nam sie troszke drogo, ale wciaz w porownaniu z cena w San Francisco (15.000 za pol godziny), stwierdzilismy ze to dobra oferta. Dalismy sie nabic w butelke i to jeszcze domknieto nas korkiem. Wstyd pisac o tym, jak nas oszukala kobita... Wydawalo nam sie podejrzane, ze kase zbiera ona z gory a nie wlasciciel koni po skonczonej wycieczce, wiec gdy juz nawiazalismy dobry kontakt z naszym huaso to wypytalismy go, udawajac glupkow (a moze wcale nie musielismy udawac), ile ta przyjemnosc tak naprawde kosztuje. Pan szybko odpowiedzial, ze 10.000 od "lebka". Bardzo sie zdenerwowalismy na te glupia dziewuche z hotelu i zrobilo nam sie bardzo zal naszego huaso, bo wygladal naprawde biednie a panienka nie roznila sie wiele od przecietnego mieszkanca dobrej dzielnicy w Santiago. Ustalilismy miedzy soba pozniej, ze trzeba bedzie dac huaso jakis napiwek (pomimo wyprania nas z pieniedzy wczesniej) bo prowadzil nas piekna droga przez doline i dbal wciaz o nasz komfort. Do tego widac bylo jak wazne sa dla niego jego konie, i ze nie jest jednym z typowych oszustow (patrz San Francisco i ich tandetna oferta konska) i rzeczywiscie chce by ludzie mieli frajde.
Przejazdzka byla fantastyczna. Huaso prowadzil nas drogami ciagnacymi sie wzdluz kilometrowych winnic i co jakis czas konie podjadaly sobie liscie winogron. Dolina Aconcagua to jedno z piekniejszych miejsc w okolicy. A do tego posiada idealny klimat do produkcji wina (srednio 240-300 slonecznych dni w roku). Najbardziej goracy i suchy region winiarski Chile. Klimatycznie jest to region zblizony najbardziej do srodziemnomorskiego, zatem szczegolnie nadaje sie do uprawy win czerwonych. Czego dowodem jest fakt, ze winem obsadzone sa podnoza gor (zwykle bardziej wilgotne w innych czesciach kraju/swiata) oraz to, ze nieprzerwanie uprawiane jest od polowy XIX w. Od tamtej pory tez wino produkuje winnica rodziny Errazuriz - moje do tej pory ulubione Carmenere. Doline nawadnia (poza nowoczesnymi systemami) rzeka o tej samej nazwie - Aconcagua.
Czego nauczylam sie o koniach w Chile po wczorajszej wycieczce (i co potwierdzilam rowniez researchem w internecie)?
Kon lubi luz. Takie ot proste stwierdzenie. Nauczona w Polsce, ze konia prowadzi sie calym cialem z naciskiem na sygnaly dawane lydkami, moglabym sobie powtarzac te sygnaly do woli na koniu chilijskim. Kon chodzi tutaj na sygnaly dawane glosowo i przy uzycia DELIKATNIE (!) paseczka skorzanego doczepionego do koncowki wodzy. Przede wszystkim kon musi miec luz. Puszczamy wiec wodze i dajemy mu pol metra wiecej niz to co daje sie koniowi w Europie. Nie bedzie galopowal dopoki nie poczuje sie wolny. Skrecamy tez inaczej. Lydki niech spoczna. Kon skreca gdy poczuje wodze na szyi. Czyli jesli skrecamy w prawo to (trzymajac wodze w jednej rece) przesuwamy reke w prawo i kon czuje lewa wodze na szyi i zaczyna skrecac. Nie ma tu mowy o zadnych wyginaniu konia, wyginaniu swojego ciala czy przestawianiu ulozenia nog. Czy kon z takim luzem nie wywinie nam numeru? Ha, sprobowalby! On wie, ze nie wolno. Nikt nawet nie wiaze konia do drzewa podczas odpoczynku na lace. Kon nie pojdzie nigdzie. Je sobie trawke i czeka na pana. Wolno mu jesc i pic i nikt nie wie co to znaczy, ze moze sie od tego "zapoprezyc". Kolejna wazna roznica to siodlo. Prosta kulbaka, w ktorej sie siedzi jak w foteliku dzieciecym przy stole - raczej sie nie da spasc a wygodnie jak na kanapie. Znalazlam nawet wygodne miejsce by przewozic butelke wody - miedzy brzuchem a przednim lekiem. Koniec gadania, czas na zdjecia, bo moge godzinami opisywac fantastyczne wrazenia i krajobrazy, ale zdjecia zrobia to lepiej ode mnie. Zapraszam do galerii!
Startujemy! Tu jeszcze myslalam, ze na cos sie zda moja umiejetnosc trzymania wodzy po angielsku (Bez sensu!).
Tu juz wiedzialam, ze to co robie nie ma dla tego konia wiekszego znaczenia, ale zeby do zdjecia nie uciekla mu glowa, postanowilam przytrzymac przez chwile poze :) W dolinie. Za mna osniezone szczyty w tle.
Nasz huaso zgodzil sie na jedno zdjecie. I nie wiem czemu tylko mi pozwolil.
Juan i Gorka zdobywaja szczyt
Gorka macha do nas z gory
Moja mala, poczciwa konina - Cyganka :)
Patrzymy sobie nostalgicznie razem na gory...
Los Andes i okolice
Sobota - dzien 114 pobytu w Chile
Rano wczesnie zwleklismy sie z lozka, spakowalismy malutka walizeczke i pojechalismy z Pia i Gorka autem za miasto. Wycieczka niedaleka, bo do malych wioseczek polozonych jedynie godzinke drogi od domu, ale jakby do zupelnie innego swiata. Wyjechalismy z RM (Region Metropolitana) i znalezlismy sie w Regionie V - Valparaiso. Na wszelki wypadek dodam, ze to Region Piaty, a nie "V" od nazwy miasta. Chile podzielone jest na regiony oznaczone cyframi rzymskimi. Choc maja tez i swoje nazwy to jednak czesciej wymieniane sa numerami. Wyjatek stanowi wspomniany wczesniej RM (region stoleczny), on numeru nie posiada oficjalnie. I tak numeracja ta szla od polnocy na poludnie od I do XII, ale w 2006 roku dodane dwa kolejne regiony XIV (Los Ríos) i XV (Arica y Parinacota), ktore zbuzyly porzadek. Zatem nieoficjalnie wiadomo, ze RM musi nosic numer XIII.
I tak idac od gory:
XV - Región de Arica y Parinacota (stolica Arica)
I - Región de Tarapacá (stolica Iquique) - to ten pechowy rejon dotkniety najbardziej trzesieniem ziemi marcowym;
II - Región de Antofagasta (stolica Antofagasta)
III - Región de Atacama (stolica Copiapo)
IV - Región de Coquimbo [czyt. kokimbo] (stolica La Serena - zalozona przez hiszpana Pedro de Valdivia - o nim w notce kulturalnej - muzeum historyczne i katedra)
V - Región de Valparaíso (stolica Valparaíso)
VI - Región del Libertador General Bernardo O'Higgins (stolica Rancagua)
Miedzy wschodnimi czesciami V i VI znajduje sie RM de Santiago, ze stolica oczywiscie w Santiago
VII - Región de Maule (stolica Talca)
VIII - Región de Bíobío (stolica Concepción - jesli pamiec mnie nie myli, to rowniez miasto zalozone przez Pedro de Valdivie)
IX - Región de la Araucanía (stolica Temuco)
XIV - Región de los Ríos [region rzek] (stolica Valdivia)
X - Región de los Lagos [region jezior, czyli prawie mazury) (stolica Puerto Montt)
XI - Región Aisén del General Carlos Ibáñez del Campo [w skrocie Aisén] (stolica Coihaique - sama nie wiem jak to poprawnie przeczytac by akcentu nie wstawic w zle miejsce)
XII - Región de Magallanes y de la Antártica Chilena (stolica Punta Arenas) czyli pingwinolandia i moj cel podrozy numer 1.
Konczac dygresje z lekcja geografii w tle, wracam do tematu glownego - wycieczki po wioseczkach w Regionie V. Gdy dojechalismy do naszego pierwszego celu - wioseczki, w ktorej znajdowal sie nasz hotel - Rinconada de Los Andes, przypadkiem natrafilismy na konkurs chilijskiego tanca tradycyjnego cueca (Szczesliwy przypadek numer 1). Zjechalismy wiec z drogi, zaparkowalismy auto i wyskoczylismy z aparatami czatowac na uczestnikow. Pierwszy raz mialam okazje zobaczyc jak tanczy sie cuece. Oto jak prezentuja sie uczestnicy w swoich kolorowych strojach (na koncu wchodzi para zwyciezcow zeszlorocznego konkursu regionalnego [RV]):
O samym tancu cueca nie wiadomo do konca ani skad sie wzial, ani kiedy zaczeto tanczyc. Cueca dopiero od niedawna wpisana jest do rejestru jako taniec narodowy (1979 r.). Jak widac na filmiku, stroje sa kolorowe a spodnice kobiet rozkloszowane. Przypominac ma to troche taniec godowy kury i koguta. Stad rola kobiety w tancu jest mniej aktywna niz jej partnera, ktory zbliza sie do niej wykonujac kroki podobne do tupania, probujac jej zaimponowac. Kobieta przyjmuje powoli zaloty i partnerzy tancza razem dalej. Oto kilka przykladow tego smiesznego tanca:
Pozniej pojechalismy do hotelu zostawic bagaze i zaczerpnac troche informacji turystycznych od pan pracujacych w recepcji. Sposrod wielu atrakcji, jak piknik pod gwiazdami polaczony ze zwiedzaniem jednej z kilku lokalnych winnic i degustacja wina czy lowienie ryb o swicie w gorskim potoku, postanowilismy jednak wybrac prostsze rozwiazania. W planach mielismy wycieczke rowerowa po dolinie Aconcagua, ale niestety wielki obiad i klopoty z poruszaniem sie z pelnymi brzuchami sprawily, ze musielismy jednak wsiasc do auta. I nic straconego (jak okaze sie pozniej!).
Jednak zanim wyruszylismy na podboj wiosek, obeszlismy muzeum, jakie znajdowalo sie w naszym hotelu. To nie tylko hotel ale tez i winnica. W muzeum ustawiono stare maszyny i urzadzenia, ktorych uzywano kiedys w produkcji wina. Jednak przypomina to bardziej korytarz strachu z wesolych miasteczek (tak ironicznie te strachy w wesolych miejscach ustawiaja...). Jako ostatnia, porownywana do japonskiego turysty z aparatem zawsze gotowym, krazylam po ciemku po salach a w jednej az podskoczylam ze strachu. Nic nie ma strasznego w manekinie ubranym w worek niby, ale jakos jak sie nie jest przygotowanym i manekin ten wylania sie nagle za zakretem w ciemnej sali, a dodatkowo jest sie samym, to jakos mozg mi nagle figla splatal. Na koniec trafilismy do sali gdzie mily pan, opiekun winnicy, akurat pakowal winogrona i sloiki z pysznosciami. Poczestowal nas figami w syropie a dodatkowo po tym jak mu naopowiadalam jak kocham winogrona, dal nam dwie wielkie siaty tychze cudnych owocow (szczesliwy przypadek numer 2).
Zjedlismy wiekszosc winogron w drodze gdy krazylismy po pustkowiach i gubilismy sie w kolko. Wreszcie dojechalismy do wioseczki San Francisco de Los Andes , w ktorej malowniczo polozony jest osrodek San Francisco Lodge. Nazwa sama mowi za siebie - male drewniane domeczki. Wlasciciele poszli jednak dalej i postanowili "dorobic" troche atrakcji swoim gosciom. I tak powstaly sztuczne stawy zarybione, gdzie za pare groszy zlowic mozna swoja pierwsza w zyciu rybe, trzy razy za drogie przejazdzki konne po okolicy - 15.000 za pol godziny jazdy (i jak sie zorientowalismy szybko, wycieczka dookola osrodka czyli bez sensu), malpi gaj - czyli mosty linowe nad woda dla spragnionych kapieli, bo ta jest nieunikniona, itp. Czyli takie miejsce troche dla "gringos"*. Jako, ze nie ma co robic w okolicy to w sumie zrozumiale, ze wymyslaja co moga. Nie skorzystalismy z zadnej z tych atrakcji za to przeszlismy sie po okolicy i podziwialismy widoki - BEZCENNE.
W drodze do domu zahaczylismy jeszcze o pare wsi w poszukiwaniu typowego chilijskiego poncho jakie nosza tutejsi huaso (czyt. glaso). Najprawdopodobniej kazdy wie co to argentynski gaucho, wiec skroce tlumaczenie, co to huaso. Najprosciej mozna powiedziec, ze to taki chilijski cowboy. Czesty bywalec rodeo, wlasciciel ranczo, czy po prostu mieszkaniec wsi hodujacy konie. Wybor byl niestety maly bo pora dnia nie sprzyjala juz zakupom i nie znalazlam nic odpowiedniego dla siebie ale przyznac trzeba, ze ceny byly naprawde w porzadku. za 15.000 mozna kupic porzadne poncho z welny owczej a za 17.000 z alpaki. Bardzo cieple i dobrze wykonane. Niestety nie moje kolory wiec poszukiwanie ponczo trwa i moze podczas nastepnej wyprawy gdzies znajde. Czas jednak nie byl stracony bo brak ponczo usprawiedliwily gorace churros (jak te hiszpanskie, ktore macza sie w goracej czekoladzie) i woreczek prazonych orzeszkow w miodzie.
Wrocilismy do hotelu, i niektorzy poszli zazywac masazy, jako ze w osrodku miescilo sie rowniez SPA. Ja postawilam jednak na przeczesywanie przewodnika Lonely Planet w poszukiwaniu info o Atakamie. Wieczorem wybralismy sie znowu na wycieczke autem w poszukiwaniu kolacji. To jednak nie Santiago i na prozno szukac knajpek. To prawdziwe wioski. Nie ma nic. Cudem natrafilismy jednak na otwarte (wstyd sie przyznac....) centrum handlowe i udalismy sie, omijajac szerokim lukiem jadlodajnie takie jak McDonald´s czy Burger King, do czegos w stylu Jeff´sa, Ruby Tuesday, czy innej kiepskiej amerykanskiej garkuchni. Nastawilismy sie juz, ze bedzie zle, tlusto i tuczaco i z takim przekonaniem kazdy z nas zjadl ze smakiem wielkiego hamburgera ociekajacego tluszczem. Co najsmieszniejsze, nawet w tak podlym miejscu, wino jest dobre. Wino w Chile po prostu nie moze byc zle! Niech zyje wino! Niech zyje Chile!
*gringos - poczatkowo termin uzywany w niektorych czesciach Am. Pd. w odniesieniu do Europejczykow lub innych nie do zrozumienia dla ludnosci miejscowej. Pozniejsza wojna miedzy USA a Meksykiem spowodowala zmiane znaczenia slowa gringo na pogardliwa nazwe mieszkanow USA. Choc w wielu krajach gringo moze wiele roznych znaczen, to jednak dalej najbardziej popularnym znaczeniem jest "ktos kto nie mowi po hiszpansku" (w znaczeniu pochodzenia!) i nie ma to najczesciej na celu urazic nikogo. Ja jestem gringa (mimo, ze po hiszpansku mowie bez problemu) i zupelnie mi to nie przeszkadza. W moim poscie jednak uzylam slowa gringo, tak jak uzywaja go czesto miejscowi - by posmiac sie troche z turystow, ktorzy zupelnie nie maja pojecia gdzie sie znajduja i jak sie zachowac, a do tego sa troche ignorantami i zwiedzaja miejsca tylko najbardziej turystyczne i chetnie korzystaja z miejsc all-inclusive. Przywoza pozniej nic nie znaczace pamiatki i nazywaja sie wielkimi podroznikami. Nie tedy droga, kochani. W Ameryce Poludniowej trzeba dobrze wiedziec gdzie sie jest i jak sie zachowac. Jak nie poczytamy to nas nabija w butelke piec razy zanim sie obejrzymy. Nas tez nabito ( i o tym w nastepnym poscie), wiec sie nie wymadrzam, tylko radze i ostrzegam. :)
Rano wczesnie zwleklismy sie z lozka, spakowalismy malutka walizeczke i pojechalismy z Pia i Gorka autem za miasto. Wycieczka niedaleka, bo do malych wioseczek polozonych jedynie godzinke drogi od domu, ale jakby do zupelnie innego swiata. Wyjechalismy z RM (Region Metropolitana) i znalezlismy sie w Regionie V - Valparaiso. Na wszelki wypadek dodam, ze to Region Piaty, a nie "V" od nazwy miasta. Chile podzielone jest na regiony oznaczone cyframi rzymskimi. Choc maja tez i swoje nazwy to jednak czesciej wymieniane sa numerami. Wyjatek stanowi wspomniany wczesniej RM (region stoleczny), on numeru nie posiada oficjalnie. I tak numeracja ta szla od polnocy na poludnie od I do XII, ale w 2006 roku dodane dwa kolejne regiony XIV (Los Ríos) i XV (Arica y Parinacota), ktore zbuzyly porzadek. Zatem nieoficjalnie wiadomo, ze RM musi nosic numer XIII.
I tak idac od gory:
XV - Región de Arica y Parinacota (stolica Arica)
I - Región de Tarapacá (stolica Iquique) - to ten pechowy rejon dotkniety najbardziej trzesieniem ziemi marcowym;
II - Región de Antofagasta (stolica Antofagasta)
III - Región de Atacama (stolica Copiapo)
IV - Región de Coquimbo [czyt. kokimbo] (stolica La Serena - zalozona przez hiszpana Pedro de Valdivia - o nim w notce kulturalnej - muzeum historyczne i katedra)
V - Región de Valparaíso (stolica Valparaíso)
VI - Región del Libertador General Bernardo O'Higgins (stolica Rancagua)
Miedzy wschodnimi czesciami V i VI znajduje sie RM de Santiago, ze stolica oczywiscie w Santiago
VII - Región de Maule (stolica Talca)
VIII - Región de Bíobío (stolica Concepción - jesli pamiec mnie nie myli, to rowniez miasto zalozone przez Pedro de Valdivie)
IX - Región de la Araucanía (stolica Temuco)
XIV - Región de los Ríos [region rzek] (stolica Valdivia)
X - Región de los Lagos [region jezior, czyli prawie mazury) (stolica Puerto Montt)
XI - Región Aisén del General Carlos Ibáñez del Campo [w skrocie Aisén] (stolica Coihaique - sama nie wiem jak to poprawnie przeczytac by akcentu nie wstawic w zle miejsce)
XII - Región de Magallanes y de la Antártica Chilena (stolica Punta Arenas) czyli pingwinolandia i moj cel podrozy numer 1.
Konczac dygresje z lekcja geografii w tle, wracam do tematu glownego - wycieczki po wioseczkach w Regionie V. Gdy dojechalismy do naszego pierwszego celu - wioseczki, w ktorej znajdowal sie nasz hotel - Rinconada de Los Andes, przypadkiem natrafilismy na konkurs chilijskiego tanca tradycyjnego cueca (Szczesliwy przypadek numer 1). Zjechalismy wiec z drogi, zaparkowalismy auto i wyskoczylismy z aparatami czatowac na uczestnikow. Pierwszy raz mialam okazje zobaczyc jak tanczy sie cuece. Oto jak prezentuja sie uczestnicy w swoich kolorowych strojach (na koncu wchodzi para zwyciezcow zeszlorocznego konkursu regionalnego [RV]):
O samym tancu cueca nie wiadomo do konca ani skad sie wzial, ani kiedy zaczeto tanczyc. Cueca dopiero od niedawna wpisana jest do rejestru jako taniec narodowy (1979 r.). Jak widac na filmiku, stroje sa kolorowe a spodnice kobiet rozkloszowane. Przypominac ma to troche taniec godowy kury i koguta. Stad rola kobiety w tancu jest mniej aktywna niz jej partnera, ktory zbliza sie do niej wykonujac kroki podobne do tupania, probujac jej zaimponowac. Kobieta przyjmuje powoli zaloty i partnerzy tancza razem dalej. Oto kilka przykladow tego smiesznego tanca:
Pozniej pojechalismy do hotelu zostawic bagaze i zaczerpnac troche informacji turystycznych od pan pracujacych w recepcji. Sposrod wielu atrakcji, jak piknik pod gwiazdami polaczony ze zwiedzaniem jednej z kilku lokalnych winnic i degustacja wina czy lowienie ryb o swicie w gorskim potoku, postanowilismy jednak wybrac prostsze rozwiazania. W planach mielismy wycieczke rowerowa po dolinie Aconcagua, ale niestety wielki obiad i klopoty z poruszaniem sie z pelnymi brzuchami sprawily, ze musielismy jednak wsiasc do auta. I nic straconego (jak okaze sie pozniej!).
Jednak zanim wyruszylismy na podboj wiosek, obeszlismy muzeum, jakie znajdowalo sie w naszym hotelu. To nie tylko hotel ale tez i winnica. W muzeum ustawiono stare maszyny i urzadzenia, ktorych uzywano kiedys w produkcji wina. Jednak przypomina to bardziej korytarz strachu z wesolych miasteczek (tak ironicznie te strachy w wesolych miejscach ustawiaja...). Jako ostatnia, porownywana do japonskiego turysty z aparatem zawsze gotowym, krazylam po ciemku po salach a w jednej az podskoczylam ze strachu. Nic nie ma strasznego w manekinie ubranym w worek niby, ale jakos jak sie nie jest przygotowanym i manekin ten wylania sie nagle za zakretem w ciemnej sali, a dodatkowo jest sie samym, to jakos mozg mi nagle figla splatal. Na koniec trafilismy do sali gdzie mily pan, opiekun winnicy, akurat pakowal winogrona i sloiki z pysznosciami. Poczestowal nas figami w syropie a dodatkowo po tym jak mu naopowiadalam jak kocham winogrona, dal nam dwie wielkie siaty tychze cudnych owocow (szczesliwy przypadek numer 2).
Zjedlismy wiekszosc winogron w drodze gdy krazylismy po pustkowiach i gubilismy sie w kolko. Wreszcie dojechalismy do wioseczki San Francisco de Los Andes , w ktorej malowniczo polozony jest osrodek San Francisco Lodge. Nazwa sama mowi za siebie - male drewniane domeczki. Wlasciciele poszli jednak dalej i postanowili "dorobic" troche atrakcji swoim gosciom. I tak powstaly sztuczne stawy zarybione, gdzie za pare groszy zlowic mozna swoja pierwsza w zyciu rybe, trzy razy za drogie przejazdzki konne po okolicy - 15.000 za pol godziny jazdy (i jak sie zorientowalismy szybko, wycieczka dookola osrodka czyli bez sensu), malpi gaj - czyli mosty linowe nad woda dla spragnionych kapieli, bo ta jest nieunikniona, itp. Czyli takie miejsce troche dla "gringos"*. Jako, ze nie ma co robic w okolicy to w sumie zrozumiale, ze wymyslaja co moga. Nie skorzystalismy z zadnej z tych atrakcji za to przeszlismy sie po okolicy i podziwialismy widoki - BEZCENNE.
W drodze do domu zahaczylismy jeszcze o pare wsi w poszukiwaniu typowego chilijskiego poncho jakie nosza tutejsi huaso (czyt. glaso). Najprawdopodobniej kazdy wie co to argentynski gaucho, wiec skroce tlumaczenie, co to huaso. Najprosciej mozna powiedziec, ze to taki chilijski cowboy. Czesty bywalec rodeo, wlasciciel ranczo, czy po prostu mieszkaniec wsi hodujacy konie. Wybor byl niestety maly bo pora dnia nie sprzyjala juz zakupom i nie znalazlam nic odpowiedniego dla siebie ale przyznac trzeba, ze ceny byly naprawde w porzadku. za 15.000 mozna kupic porzadne poncho z welny owczej a za 17.000 z alpaki. Bardzo cieple i dobrze wykonane. Niestety nie moje kolory wiec poszukiwanie ponczo trwa i moze podczas nastepnej wyprawy gdzies znajde. Czas jednak nie byl stracony bo brak ponczo usprawiedliwily gorace churros (jak te hiszpanskie, ktore macza sie w goracej czekoladzie) i woreczek prazonych orzeszkow w miodzie.
Wrocilismy do hotelu, i niektorzy poszli zazywac masazy, jako ze w osrodku miescilo sie rowniez SPA. Ja postawilam jednak na przeczesywanie przewodnika Lonely Planet w poszukiwaniu info o Atakamie. Wieczorem wybralismy sie znowu na wycieczke autem w poszukiwaniu kolacji. To jednak nie Santiago i na prozno szukac knajpek. To prawdziwe wioski. Nie ma nic. Cudem natrafilismy jednak na otwarte (wstyd sie przyznac....) centrum handlowe i udalismy sie, omijajac szerokim lukiem jadlodajnie takie jak McDonald´s czy Burger King, do czegos w stylu Jeff´sa, Ruby Tuesday, czy innej kiepskiej amerykanskiej garkuchni. Nastawilismy sie juz, ze bedzie zle, tlusto i tuczaco i z takim przekonaniem kazdy z nas zjadl ze smakiem wielkiego hamburgera ociekajacego tluszczem. Co najsmieszniejsze, nawet w tak podlym miejscu, wino jest dobre. Wino w Chile po prostu nie moze byc zle! Niech zyje wino! Niech zyje Chile!
*gringos - poczatkowo termin uzywany w niektorych czesciach Am. Pd. w odniesieniu do Europejczykow lub innych nie do zrozumienia dla ludnosci miejscowej. Pozniejsza wojna miedzy USA a Meksykiem spowodowala zmiane znaczenia slowa gringo na pogardliwa nazwe mieszkanow USA. Choc w wielu krajach gringo moze wiele roznych znaczen, to jednak dalej najbardziej popularnym znaczeniem jest "ktos kto nie mowi po hiszpansku" (w znaczeniu pochodzenia!) i nie ma to najczesciej na celu urazic nikogo. Ja jestem gringa (mimo, ze po hiszpansku mowie bez problemu) i zupelnie mi to nie przeszkadza. W moim poscie jednak uzylam slowa gringo, tak jak uzywaja go czesto miejscowi - by posmiac sie troche z turystow, ktorzy zupelnie nie maja pojecia gdzie sie znajduja i jak sie zachowac, a do tego sa troche ignorantami i zwiedzaja miejsca tylko najbardziej turystyczne i chetnie korzystaja z miejsc all-inclusive. Przywoza pozniej nic nie znaczace pamiatki i nazywaja sie wielkimi podroznikami. Nie tedy droga, kochani. W Ameryce Poludniowej trzeba dobrze wiedziec gdzie sie jest i jak sie zachowac. Jak nie poczytamy to nas nabija w butelke piec razy zanim sie obejrzymy. Nas tez nabito ( i o tym w nastepnym poscie), wiec sie nie wymadrzam, tylko radze i ostrzegam. :)
Rocznica Konsytucji 3 Maja w rezydencji pani Ambasador
Na wydarzenie przybyli licznie nie tylko Polacy, ale rowniez przedstawiciele korpusu dyplomatycznego innych panstw. Pani Ambasador chyba sama dobrze rozumie jak to jest spedzac Wielkanoc, ktora przeciez wypadla w tym roku w okolicach majowki, samemu za granica i to tak daleko od domu. W zwiazku z tym, zadbala by gosciom nie zabraklo polskich akcentow w roznoszonych tacach ze skromnym poczestunkiem. Od razu lezka mi sie zakrecila w oku, gdy zobaczylam proste kanapeczki ze sledzikiem z cebulka. Rzucilam sie od razu na dwie. Pozniej krazyl rowniez jablecznik na tacach i trzeba przyznac, ze byl naprawde dobry. O czym swiadczym moze rowniez fakt, ze znikal z tac z predkoscia swiatla. Gdy juz prawie wszyscy mieli kieliszki w dloniach odspiewalismy razem hymn chilijski a pozniej oczywiscie tez i Mazurek Dabrowskiego. Swietowalismy nie tylko rocznice Konstytucji ale tez dziesieciolecie obecnosci Polski w UE oraz wejscie do NATO. Przyjmijmy, ze z miesiecznym opoznieniem mozna swietowac i to wydarzenie.
Po toascie Kasia wypatrzyla grupke Polek - rozpoznala je po tym, ze spiewaly tylko polski hymn. Podeszlysmy, przywitalysmy sie i tak juz pozniej spedzilysmy cala impreze. Monika mieszka tu juz ponad 3 lata i uczy angielskiego. Poznala Dominike i Anie w autobusie w drodze na impreze. Dominika i Ania mieszkaja w Santiago dopiero od 2-3 miesiecy i poznaly sie przypadkiem na kursie jezyka hiszpanskiego. Kasia i ja poznalysmy sie przez bloga. Czyli wszystkie znajomosci zaczely sie w sumie z przypadku. Dziewczyny maja mnostwo miedzynarodowych doswiadczen wiec tematow nam nie brakowalo przez caly dzien. Poznalysmy wiele ludzi -m.in. Ambasadora Hondurasu, ministra spraw zagranicznych z Ekwadoru, polskiego attache wojskowego, ktorego misja dyplomatyczna obejmuje kilka krajow Ameryki Poludniowej oraz jego przesympatyczna zone, jak i wielu przedsiebiorcow. Rozmowom nie bylo konca, chociaz event planowo mial byc zorganizowany tylko na 2 godzinki. Po tym jak dwukrotnie przekroczylismy ten czas, panowie odpowiedzialni za demontaz namiotu rozstawionego w ogrodzie postanowili po prostu wejsc na teren i zaczac rozmontowywac konstrukcje, dajac nam znac, ze to juz koniec balu. Wciaz bylo nam malo pogaduszek. Wybralismy sie duza grupa Polakow do pobliskiej chinskiej knajpki (jak za dawnych czasow w Warszawie chadzalo sie na "chinczyka") i narobilismy szumu i halasu a kelnerka nie nadazala za naszymi zamowieniami i ciaglymi zmianami. Rozeszlismy sie pod wieczor w dobrych nastrojach, wymienilismy sie telefonami i innymi danymi i planujemy wkrotce kolejne spotkanie.
ps. jedno juz bylo, ale przegapilam je przez wyjazd na weekend - o czym w kolejnej notce.
jueves, 24 de abril de 2014
Expomin 2014 i o partnerstwie Chile i Polski w gornictwie.
Jako, ze wciaz nie moge zaczac normalnej pracy a szefowie polecieli do Europy, to przypadla mi jako "nagroda pocieszenia" wycieczka na miedzynarodowe targi EXPOMIN, odbywajace sie w tym tygodniu (21-25 kwietnia) w Santiago. Jezeli interesuja Was takie tematy jak energetyka, paliwa, gornictwo i wszystko co sie z tym wiaze, to sa to dla Was najwazniejsze targi na swiecie. Co roku coraz wiecej firm stara sie o miejsce na targach. W tym roku przybyly firmy reprezentujace lacznie 35 panstw. W tym i Polska. To nie tylko targi ale tez mnostwo konferencji, spotkan, rozmow i prob znalezienia odpowiedniego partnera biznesowego czy przedstawiciela na lokalnym rynku dla firm zagranicznych. Na poczatku dosc niechetnie podeszlam do tematu. Gornictwo? Maszyny? Co ja tam bede robic? To takie malo damskie... Szybko sie jednak dowiedzialam, ze nie moglam sie bardziej pomylic. W przemysle gorniczym pracuje wiele kobiet, maszyny sa naprawde fajne a kopalnie to nie tylko brud i pyl. O moich doswiadczeniach na targach dzis postaram sie opowiedziec w skrocie. Inaczej nie starczyloby cyber przestrzeni na wszystkie obserwacje.
Mysle, ze Chile to idealny gospodarz tego wielkiego przedsiewziecia. Az 16% (dane na 2012 r.) PKB w Chile generowane jest przez przemysl gorniczy. Procent ten podwaja sie gdy dodamy do tego caly sektor uslugowy zwiazany z gornictwem. Gornictwo to tez duzo miejsc pracy. W tym przemysle pracuje ponad 300.000 ludzi (cala populacja Chile to ok. 16 milionow, z czego polowa zyje w Region Metropolitana - czyli calym regionie, w ktorym znajduje sie Santiago). W 2012 r. Ministerstwo Gornictwa otrzymalo i zatwierdzilo wiele projektow opiewajacych lacznie na kwote 100 miliardow dolarow, z czego 75% dotyczy wydobycia miedzi. Ladnie ujmuje sie to tutaj prostym, acz chwytliwym haslem - 1 USD zainwestowany w gornictwo generuje 1 USD w innym sektorze gospodarki Chile. Kraj ten jednak stoi przed duzym wyzwaniem. Obecnie boryka sie z problemem nizszej jakosci produktu w stosunku do tego co oferuje reszta swiata. Do tego wciaz spadaja ceny mineralow a rosna koszty produkcji. Wniosek prosty. By zarobic trzeba produkowac wiecej i wiecej. A koszty produkcji nie sa male. Koszty energii to ok. 20% kosztow calej produkcji, a w przeciagu 5 lat szacowany wzrost zuzycia moze osiagnac 40%. To samo tyczy sie wody - tu rowniez szacuje sie wzrost zuzycia o 40%. Chilijczycy z tej prostej przyczyny chetnie wyciagaja lapki do zagranicznych firm oferujacych innowacyjne technologie, ktore pomoga usprawnic procesy wydobycia i zmniejszyc jego koszty. Czyli niby raj dla polskich firm dostarczajacych czesci czy maszyny. Nie znam sie na tym sektorze zupelnie, wiec ciezko ocenic mi jakie moga istniec przeszkody czy "haczyki". Wiem jedno, dzisiejsze spotkania pomiedzy dyrektorami polskich i chilijskich firm poszly bardzo dobrze i zapewne przynajmniej 2 z 14 obecnych na targach polskich firm wyjada stad z wielkimi sukcesami i dobrymi perspektywami na przyszlosc. Potrzebne jest tu wsparcie w wielu dziedzinach - transport, energia, konserwacja maszyn, geologia, IT, bezpieczenstwo, maszyny a nawet i jedzenie. Na chwile obecna na rynku istnieje ok. 5.000 dostawcow uslug, z czego 9% to przedsiebiorstwa duze. 100 firm koncentruje az 35% calej sprzedazy. Lacznie firmy te osiagaja przychodzy w wysokosci 12 miliardow USD. To najwiekszy rynek, tuz za samym wydobyciem. Jest duze pole do dzialan. Dodatkowym atutem dla polskich przedsiebiorcow moze byc fakt, ze ich chilijscy koledzy po fachu z jakiejs dziwnej, nieznanej mi przyczyny nie eksportuja swoich produktow do sasiadow latynosow. Kolejnym bardzo istotnym elemtentem jest fakt, ze tutejsze spolki sa samofinansujace sie i zagraniczne spolki maja duze szanse otrzymac finansowanie na bardzo dobrych warunkach (tak przynajmniej twierdzi tutejszy ex-minister gornictwa). Dlaczego to wlasnie my moglibysmy zostac odpowiednimi partnerami biznesowymi dla Chile? Mysle, ze kazdy wie, jak wazny jest przemysl gorniczy w Polsce, ale dla poparcia tezy przytocze pare przykladow. Polska to numer 1 w UE jesli chodzi o wydobycie miedzi. W rankingu swiatowym plasujemy sie na 9tym miejscu. Jako produkt uboczny w kopalniach miedzi wydobywane jest tez srebro. W produkcji srebra nie ma od nas lepszych - numer 1 na swiecie. Wydobywajac z ziemi rozne mineraly (lit, sol, jod, srebro, miedz, wegiel kamienny, ropa, gas, selen, itd) nauczylismy sie bardzo zroznicowanych metod. Istnieja obecnie 2002 zaklady gornicze w Polsce zatrudniajace ok. 150.000 ludzi i laczna produkcja w tym sektorze to 430 milionow ton rocznie. Potezna galaz polskiego przemyslu, bez watpienia. Do tego Polacy doceniani sa na swiecie za osiagniecia technologiczne - np. drony, ktore tak chetnie wykorzystuje armia w USA czy patent na produkcje grafenu (to taki interesujacy nowy wynalazek - material 300 razy twardszy od stali ale wciaz gietki; wykorzystywany moze byc np do ekranow telefonow). Ranking uczelni swiatowych przedstawia nasze uczelnie techniczne dosyc wysoko bo UW zajmuje miejsce 274, "Jagielonka" - 328 a uniwersytet w Poznaniu - 344. Obecnie na polskich uczelniach ok. 100 tysiecy studentow uczy sie na kierunkach gorniczych. Polak potrafi, a chilijczyk to wie.
Oczywiscie pierwsze co przychodzi nam na mysl w temacie polskiej firmy zwiazanej z sektorem wydobywczym to.... KGHM Polska Miedz S.A. Stand KGHM znajduje sie juz w pierwszym gigantycznym, metalowym namiocie targow EXPOMIN. Postanowilam wiec obadac kto tam siedzi i czy jest ktos kto mowi po polsku. Steskniona troche za jezykiem ojczystym najpierw wypytalam hostesse o doslownie wszystko, udajac bardzo zainteresowana firma i nawet chciala mi wcisnac gruby album o Polsce wydany oczywiscie przez KGHM. Piekna pamiatka ale postanowilam pozostawic obcokrajowcom przyjemnosc poznania naszych kolorowych krajobrazow. Gdy wreszcie zostalam zauwazona przez pracownikow firmy z Polski podeszli i sie przywitali. Zaprosili mnie na kanape na krotka pogawedke. Juz po pierwszym zdaniu wiedzialam dobrze, jak bardzo wymuszona jest ta rozmowa ze strony mojej rozmowczyni, ktora wedle informacji na wizytowce, pracuje jako brand manager. Pani ta przyleciala nie tylko na targi ale rowniez obadac projekt Sierra Gorda, ktorym KGHM zajmuje sie juz prawie od 3 lat. Widziala rowniez pustynie i opowiadala o wszystkim z absolutnym brakiem zainteresowania czymkolwiek. Pomyslalam sobie wtedy, ze zal mi w sumie tej kobiety bo wyglada na czlowieka pozbawionego pasji i checi zycia i wlasciwie przezywania tego zycia, zamiast tak sobie trwac z dnia na dzien jak robocik. Gdybym ja pracowala w Polsce i firma wyslalaby mnie do Chile i mialabym okazje zobaczyc pustynie i kopalnie miedzi na wlasne oczy, to wylabym ze szczescia. Nie dosc, ze wycieczka droga to do tego czasochlonna. Normalnie malo kto z nas wybiera sie az na koniec swiata w celach turystycznych. Ja wciaz na pustyni nie bylam, choc mam do niej o wiele blizej i caly czas mysle o tej wyprawie. Kiedy, za ile, gdzie nocowac, itd. Do tego na stole przede mna stala pusta butelka po piwie. A byla godzina 12:30. Moge to tylko podsumowac cytatem: "Jestesmy tu tylko w celach wizerunkowych".
Mysle, ze Chile to idealny gospodarz tego wielkiego przedsiewziecia. Az 16% (dane na 2012 r.) PKB w Chile generowane jest przez przemysl gorniczy. Procent ten podwaja sie gdy dodamy do tego caly sektor uslugowy zwiazany z gornictwem. Gornictwo to tez duzo miejsc pracy. W tym przemysle pracuje ponad 300.000 ludzi (cala populacja Chile to ok. 16 milionow, z czego polowa zyje w Region Metropolitana - czyli calym regionie, w ktorym znajduje sie Santiago). W 2012 r. Ministerstwo Gornictwa otrzymalo i zatwierdzilo wiele projektow opiewajacych lacznie na kwote 100 miliardow dolarow, z czego 75% dotyczy wydobycia miedzi. Ladnie ujmuje sie to tutaj prostym, acz chwytliwym haslem - 1 USD zainwestowany w gornictwo generuje 1 USD w innym sektorze gospodarki Chile. Kraj ten jednak stoi przed duzym wyzwaniem. Obecnie boryka sie z problemem nizszej jakosci produktu w stosunku do tego co oferuje reszta swiata. Do tego wciaz spadaja ceny mineralow a rosna koszty produkcji. Wniosek prosty. By zarobic trzeba produkowac wiecej i wiecej. A koszty produkcji nie sa male. Koszty energii to ok. 20% kosztow calej produkcji, a w przeciagu 5 lat szacowany wzrost zuzycia moze osiagnac 40%. To samo tyczy sie wody - tu rowniez szacuje sie wzrost zuzycia o 40%. Chilijczycy z tej prostej przyczyny chetnie wyciagaja lapki do zagranicznych firm oferujacych innowacyjne technologie, ktore pomoga usprawnic procesy wydobycia i zmniejszyc jego koszty. Czyli niby raj dla polskich firm dostarczajacych czesci czy maszyny. Nie znam sie na tym sektorze zupelnie, wiec ciezko ocenic mi jakie moga istniec przeszkody czy "haczyki". Wiem jedno, dzisiejsze spotkania pomiedzy dyrektorami polskich i chilijskich firm poszly bardzo dobrze i zapewne przynajmniej 2 z 14 obecnych na targach polskich firm wyjada stad z wielkimi sukcesami i dobrymi perspektywami na przyszlosc. Potrzebne jest tu wsparcie w wielu dziedzinach - transport, energia, konserwacja maszyn, geologia, IT, bezpieczenstwo, maszyny a nawet i jedzenie. Na chwile obecna na rynku istnieje ok. 5.000 dostawcow uslug, z czego 9% to przedsiebiorstwa duze. 100 firm koncentruje az 35% calej sprzedazy. Lacznie firmy te osiagaja przychodzy w wysokosci 12 miliardow USD. To najwiekszy rynek, tuz za samym wydobyciem. Jest duze pole do dzialan. Dodatkowym atutem dla polskich przedsiebiorcow moze byc fakt, ze ich chilijscy koledzy po fachu z jakiejs dziwnej, nieznanej mi przyczyny nie eksportuja swoich produktow do sasiadow latynosow. Kolejnym bardzo istotnym elemtentem jest fakt, ze tutejsze spolki sa samofinansujace sie i zagraniczne spolki maja duze szanse otrzymac finansowanie na bardzo dobrych warunkach (tak przynajmniej twierdzi tutejszy ex-minister gornictwa). Dlaczego to wlasnie my moglibysmy zostac odpowiednimi partnerami biznesowymi dla Chile? Mysle, ze kazdy wie, jak wazny jest przemysl gorniczy w Polsce, ale dla poparcia tezy przytocze pare przykladow. Polska to numer 1 w UE jesli chodzi o wydobycie miedzi. W rankingu swiatowym plasujemy sie na 9tym miejscu. Jako produkt uboczny w kopalniach miedzi wydobywane jest tez srebro. W produkcji srebra nie ma od nas lepszych - numer 1 na swiecie. Wydobywajac z ziemi rozne mineraly (lit, sol, jod, srebro, miedz, wegiel kamienny, ropa, gas, selen, itd) nauczylismy sie bardzo zroznicowanych metod. Istnieja obecnie 2002 zaklady gornicze w Polsce zatrudniajace ok. 150.000 ludzi i laczna produkcja w tym sektorze to 430 milionow ton rocznie. Potezna galaz polskiego przemyslu, bez watpienia. Do tego Polacy doceniani sa na swiecie za osiagniecia technologiczne - np. drony, ktore tak chetnie wykorzystuje armia w USA czy patent na produkcje grafenu (to taki interesujacy nowy wynalazek - material 300 razy twardszy od stali ale wciaz gietki; wykorzystywany moze byc np do ekranow telefonow). Ranking uczelni swiatowych przedstawia nasze uczelnie techniczne dosyc wysoko bo UW zajmuje miejsce 274, "Jagielonka" - 328 a uniwersytet w Poznaniu - 344. Obecnie na polskich uczelniach ok. 100 tysiecy studentow uczy sie na kierunkach gorniczych. Polak potrafi, a chilijczyk to wie.
Oczywiscie pierwsze co przychodzi nam na mysl w temacie polskiej firmy zwiazanej z sektorem wydobywczym to.... KGHM Polska Miedz S.A. Stand KGHM znajduje sie juz w pierwszym gigantycznym, metalowym namiocie targow EXPOMIN. Postanowilam wiec obadac kto tam siedzi i czy jest ktos kto mowi po polsku. Steskniona troche za jezykiem ojczystym najpierw wypytalam hostesse o doslownie wszystko, udajac bardzo zainteresowana firma i nawet chciala mi wcisnac gruby album o Polsce wydany oczywiscie przez KGHM. Piekna pamiatka ale postanowilam pozostawic obcokrajowcom przyjemnosc poznania naszych kolorowych krajobrazow. Gdy wreszcie zostalam zauwazona przez pracownikow firmy z Polski podeszli i sie przywitali. Zaprosili mnie na kanape na krotka pogawedke. Juz po pierwszym zdaniu wiedzialam dobrze, jak bardzo wymuszona jest ta rozmowa ze strony mojej rozmowczyni, ktora wedle informacji na wizytowce, pracuje jako brand manager. Pani ta przyleciala nie tylko na targi ale rowniez obadac projekt Sierra Gorda, ktorym KGHM zajmuje sie juz prawie od 3 lat. Widziala rowniez pustynie i opowiadala o wszystkim z absolutnym brakiem zainteresowania czymkolwiek. Pomyslalam sobie wtedy, ze zal mi w sumie tej kobiety bo wyglada na czlowieka pozbawionego pasji i checi zycia i wlasciwie przezywania tego zycia, zamiast tak sobie trwac z dnia na dzien jak robocik. Gdybym ja pracowala w Polsce i firma wyslalaby mnie do Chile i mialabym okazje zobaczyc pustynie i kopalnie miedzi na wlasne oczy, to wylabym ze szczescia. Nie dosc, ze wycieczka droga to do tego czasochlonna. Normalnie malo kto z nas wybiera sie az na koniec swiata w celach turystycznych. Ja wciaz na pustyni nie bylam, choc mam do niej o wiele blizej i caly czas mysle o tej wyprawie. Kiedy, za ile, gdzie nocowac, itd. Do tego na stole przede mna stala pusta butelka po piwie. A byla godzina 12:30. Moge to tylko podsumowac cytatem: "Jestesmy tu tylko w celach wizerunkowych".
Poszlam dalej przemierzac budynki i wystawy maszyn. W azjatyckiej czesci znajdowaly sie nawet inteligentne roboty skrecajace automatycznie same jakies dziwne srubki. Nie znam sie zupelnie na technologii wiec jest to dla mnie tak skomplikowane jak jezyk w jakim rozmawiaja tworcy tej dziwnej maszyny, ale zdecydowanie bylo na co popatrzec. Czy za kilkadziesiat a moze kilkanascie lat bedziemy musieli chodzacym robotom ustepowac drogi na takich targach? Zdecydowanie jednak najciekawsza maszyna byl mechaniczny kret, czy bardziej profesjonalnie - kombajn chodnikowy.
Maszyna pochodzi ze strony internetowej jej producenta - FAMUR. Kret...wypelzl spod ziemi sam. (kobieta.gazeta.pl)
Maszyna pochodzi ze strony internetowej jej producenta - FAMUR. Kret...wypelzl spod ziemi sam. (kobieta.gazeta.pl)
Pierwszego dnia moim glownym celem wizyty byl stand zorganizowany przez ICEX (instytucja dzialajaca przy Ministerstwie Gospodarki w Hiszpanii oraz za jej granicami, zajmujaca sie handlem zagranicznym i eksportem). ICEX sprowadzil ze soba na targi 17 spolek. Niektore z nich wciaz nie posiadaja oddzialu czy reprezentacji w Chile i przyjechaly na probe, zobaczyc "co w trawie piszczy". Majac okazje poznac juz wczesniej pare osob z ambasady oraz ICEX, bylo mi latwiej nawiazac kontakt z pozostalymi hiszpanami. W drodze powrotnej nagle zaslyszalam jezyk polski. "Sciagnij zdjecia z aparatu". Nie przeslyszalam sie? Nie, nagle oczom mym ukazal sie wielki na ponad 150 m kwadratowych stand z polskimi firmami. Wielka radosc, ze jest nas tu wiecej i nie tylko KGHM. Wszyscy byli bardzo mili, ciekawi i pozytywnie nastawieni do zycia. A do tego duzo osob mowilo po hiszpansku bardzo plynnie i elegancko. (Tu pozdrawiam pewna pania Karoline. Jesli kiedys trafi na tego bloga, to bedzie wiedziala, ze to o nia chodzi.) Dostalam nawet krowke "ciagutke", ktora przyleciala samolotem prosto z Polski. Ok, z przesiadkami. Nie ma az takich luksusow na tej linii. Robiac wycieczke po polskich standach wpadlam tez na swego rodzaju recepcje - przedstawiciela. Okazala sie to byc pewna mloda kobieta, ktora pracuje w polskiej ambasadzie w Santiago. Chwile pozniej, gdy uslyszala polski glos, podeszla pani Ambasador RP i uscisnela mi dlon. To bardzo mila niespodzianka, poznac nagle ambasadora swojego kraju. Jakis czas temu dostalam maila z zaproszeniem na obchody kolejnej rocznicy Konstytucji RP w posiadlosci pani Ambasador, zatem milo bylo poznac osobe, do ktorej mam sie wybrac. Nie jestem zadnym VIPem, po prostu wysylajac kiedys maila z paroma pytaniami do ambasady, zapisali moj adres email w bazie danych i postanowili uzyc go w odpowiednim momencie. Pewnie jak i tysiac innych osob. W kazdym razie, do rezydencji sie wybiore, toast wzniose i zdam relacje.
To tyle na dzis o EXPOMIN, maszynach i przemysle gorniczym. Milego weekendu!
Suscribirse a:
Entradas (Atom)








